Zaproszenie od studentów Skandynawistyki UAM
Miałem przyjemność wziąć udział w spotkaniu ze studentami Katedry Skandynawistyki UAM w Poznaniu. Mam przyjemność być absolwentem tej katedry. W spotkaniu uczestniczyło jeszcze dwóch innych kolegów tłumaczy, jednocześnie wykładali lub wykładają na Skandynawistyce. Zaproszenie pochodziło od koła naukowego Norden, a większość uczestników (a właściwie uczestniczek) spotkania to osoby planujące karierę tłumacza. Atmosfera była bardzo dobra, wręcz domowa, ale wnioski nie napawają optymizmem.
Wnioski
Są takie, że niestety sztuczna inteligencja wygryza tłumaczy i że nasz zawód ma przed sobą jeszcze najwyżej kilka lat. Jednym z problemów jest kwestia jakości; jakość tłumaczeń automatycznych jest słaba, ale nie odbiega od jakości treści w Internecie. Dlatego wśród odbiorców (u potencjalnego klienta / konsumenta) nie ma popytu na jakościowy przekaz w warstwie językowej. A więc wystarcza mu tłumaczenie automatyczne – tym bardziej że jest darmowe (lub prawie darmowe). Powstaje błędne koło bylejakości i językowej tandety. Poza zagrożeniem dla samego zawodu tłumacza, a także choćby dziennikarza, powoduje to ogólne obniżenie jakości języka polskiego. Trudno z cała pewnością przewidzieć następstwa tego procesu, ale na pewno nie będą pozytywne.
Tłumaczenia przysięgłe i ustne
Wobec katastrofy zwykłych tłumaczeń pisemnych na razie w miarę broni się rynek tłumaczeń przysięgłych i tłumaczeń ustnych. Póki co automatyczne tłumaczenia ustne są niedoskonałe. Urzędy, sądy i inne organa administracji nadal wymagają tłumaczeń uwierzytelnionych przez tłumaczy przysięgłych. Rodzi się jednak pytanie: jak długo? Czy któryś rząd nie postanowi, że rezygnacja z dość kosztownej i kłopotliwej formalności, jaką niewątpliwie jest tłumaczenie przysięgłe, ułatwia życie obywatelom (a więc nabija głosów i popularności decydentom – politykom) na tyle, by po prostu ustawą parlamentu znieść obowiązek przedkładania dokumentów uwierzytelnionych przez tłumacza? Tak przecież dzieje się choćby w państwach skandynawskich, również w Finlandii. Myślę, że zakładanie, że „przysięgłe się wybronią” może być nierealistyczne. Nie znamy dnia ni godziny.
Jeżeli chodzi o tłumaczenia ustne, kwestia leży zarówno w wysoce niedoskonałych narzędziach tłumaczących, jak i w upowszechnieniu się znajomości języka angielskiego w Polsce (ale też choćby w Finlandii). Klient zamiast płacić dość poważne kwoty tłumaczowi może się przecież porozumieć bezpośrednio, korzystając z lingua franca. Dotyczy to zarówno tłumaczeń konferencyjnych, jak i na przykład tłumaczeń technicznych. Może w mniejszym stopniu sądowych, czy też na Policji. Jednocześnie może się okazać, że w obliczy słabości (a właściwie braku) lobby tłumaczy ostateczny krach nadejdzie szybko i nagle, może dla części koleżanek i kolegów tłumaczy niespodziewanie.
Co można zrobić?
Właściwie niestety nic. Ja akurat postanowiłem trzymać jakość i w miarę trzymać ceny. Odmawiam realizacji zleceń tzw. postedycji, czyli MTPE (to przekalkowane z języka angielskiego określenie starej dobrej redakcji tekstu), ponieważ myślę, że realizując taką usługę, jako tłumacz strzelałbym sobie i swojej branży w kolano. Zdaję sobie jednak sprawę, że to z mojej strony dokniszoteria. Wydaje się, że trzeba się przekwalifikowywać, szukać nowego zajęcia. W związku z tym, że chyba wszystkie zawody „humanistyczne” zostaną prędzej czy później wyparte przez AI, pomyślałem nad czymś „konkretnym”. Zacząłem wykonywać rożne produkty z drewna i zrobiłem uprawnienia spawalnicze, by otworzyć markę Spawacz Bogdan. Na razie zleceń nie ma zbyt wielu, ale kto wie, co będzie w przyszłości.
Nie ma się sensu łudzić – tłumaczenia się kończą dokładnie tak samo, jak w danych czasach bednarstwo, kołodziejstwo, smolarstwo i tym podobne zawody. Dotyczące tłumaczeń spotkanie ze studentami było więc tyleż sympatyczne, co smutne w konkluzjach.
